Rajd do Toskanii
Baza noclegowa w okolicy Certaldo, w regionie Chianti, w starej willi położonej na winnych wzgórzach z basenem. Klimaty zupełnie jak ze „Stealing beauty” Bertolucciego. W programie m.in. wypad do Florencji, Sieny i San Gimignano.
Trasa wiodła przez Węgry – mieliśmy coś do załatwienia nad Balatonem, dalej przez Słowenię lub [jak niektórzy] przez Austrię, bo tańsze autostrady. Tak dotarliśmy do Vicenzy na drugi nocleg w trasie i nocne zwiedzanie starego miasta. Kolejny przystanek to Brescia i wizyta na Backstage rajdu Mille Miglia [Patrz video-relacja na końcu]. Dalej już prosto do Certaldo w Chianti, wygodnymi [i drogimi] włoskimi autostradami.
Pogoda dopisała. W Krakowie na starcie piękne słońce. Na granicy w Chyżne żegnały nas ośnieżone Tatry. Trochę kropiło na alpejskim przejściu do Włoch. Na miejscu zastały nas niespotykane zimne noce jak na maj w Toskanii. W starych willach nie ma centralnego ogrzewania, jedynie duży kominek w Sali bawialnej. Wieczorami więc grzaliśmy się przy kominku i winie, a w dzień… Pierwsze dni przechodziliśmy w kurtkach, potem już tylko z nakryciem głowy, bo można się było spalić.
Start
2019-05-11, Kraków
2019-05-14, Toskania, baza i okolice.
Toscana Lifestyle
2019-05-15, Toskania, Certaldo.
Niestety 4 dnia padła mi ładowarka do baterii aparatu i nie mogłem zrobić zdjęć z Florencji, Sieny i San Gimignano. Poniżej kilka innych przygód z trasy.
Na Pierwszej granicy polsko-słowackiej zorientowałem się, że nie zabrałem ze sobą dowodu auta. Konkretnie przy próbie opłacenia autostrady, bo akurat na Słowacji mają elektroniczny system opłat w przeciwieństwie np. do Czech lub Austrii, gdzie wystarczy kupić winietę, albo we Włoszech, gdzie płacimy na bramkach. Na Słowacji płacimy w punkcie przy granicy i trzeba podać dane z dowodu. Na szczęście tylko numer rejestracyjny 🙂 Szybko więc wybrnąłem z sytuacji i ruszyłem dalej. Na kolejnej granicy nie było już tak łatwo. Na Węgrzech system jest podobny, jednak należy podać bardziej szczegółowe dane z dowodu. Był środek nocy, jakieś pustkowie, byłem już sam, jechaliśmy rozproszeni. Dodatkowo bariera językowa. sytuacja trochę jak z Barei: Vihar, vihar, Warszawa nincze… Ale i tym razem wybrnąłem. Zadzwoniłem do rodzinki, aby ktoś przesłał mi zdjęcie dowodu. Pani w okienku wklepała do systemu potrzebne dane i ruszyłem dalej w węgierską noc. W całej dalszej trasie nie było potrzeby posiadania dowodu rejestracyjnego, może poza jedną sytuacją.
To było kilka dni później już w Italii na ostatnim odcinku wiodącym prosto do celu. Jechaliśmy sobie na luzie w konwoju wygodnymi autostradami i górskimi długimi tunelami… W pewnym momencie [w Tunelu] zrównał się ze mną Radiowóz policji włoskiej. Pech chciał, że trzymałem w dłoni telefon. [Sprawdzałem namiary na kolejny cel]. Od razu to wychwycili. Wjechali w nasz konwój tuż przede mnie. Zaczęli zwalniać, dali dwa razy światłami stopu po hamulcach. Nie machali lizakiem, ale wiedziałem, że muszę jechać za nimi. Wywieźli mnie gdzieś spory kawałek od autostrady.
No i się zaczęło: Prawo jazdy i… Car document please. Nie wiedziałem co powiedzieć, zacząłem coś bredzić po angielsku, że jedziemy w grupie na historyczny rajd i jedną torbę zostawiłem w aucie kolegi. Jeden z nich zniecierpliwionym tonem wszedł mi w słowo i powtórzył: „Car document please”. Odpowiedziałem krótko: Nie mam. On na to: Not good. Wrócili do radiowozu i coś długo sprawdzali. Zaczęło się ściemniać, deszcz się rozpadał. Koniec końców puścili mnie, bez żadnego mandatu. Na strachu się skończyło. Miałem duże opóźnienie. Dotarłem na miejsce ostatni późno w nocy, błądząc pod koniec szutrowymi drogami w ciemnościach po toskańskich wzgórzach. W bazie wszyscy zdążyli się już zrobić winem. Powitano mnie brawami 😉
Były też piękne chwile. Wschód słońca nad winnicami podziwiany z dachu Land Rovera. Nocne zwiedzanie opuszczonych willi z gospodarzem. W jednej z nich rozpalamy ognisko w ciągle sprawnym kominku. Kolega zaliczył tu przygodę: Wraz z koleżankami zapuścił się w jakieś ciemne komnaty. Nagle dziewczyny zaczęły krzyczeć, że Hubert zniknął. Hubert był duszą towarzystwa i miał dużą masę. Okazało się, że zawalił się pod nim strop i wylądował piętro niżej w wannie. Na szczęście był pod wpływem i nic mu się nie stało.
Inne atrakcje to: San Gimignano – średniowieczne miasto wież [plus wizyta u rzeźnika]. Siena i słynny plac del Campo, który zagrał m.in. w Bondzie z 2008r. Wreszcie Florencja, która witała nas z daleka Czerwoną kopułą katedry [by Brunelleschi] w popołudniowym słońcu. Przy Moście złotników wypiłem najdroższą kawę w życiu. Galeria figur przy Muzeum Uffizi, m.in. David Michała Anioła. Szmaragdowo-biała Katedra Il Duomo [zielony i biały marmur z Carrary]. Podobną elewację ma też Katedra w Sienie.
W Piggibonsi odbywał się jeden z etapów rajdu Mille Miglia. Tam też zjadłem najlepsze Ragu w życiu, tylko 9 euro. Odwiedziliśmy destylarnię Grappy oraz wiejski Warsztat samochodowy, gdzie właściciel przytargał ze stodoły czerwone Ferrari. Oprócz miejscowego wina, od rana do wieczora lało się Prosecco, wieczorem zaś Negroni.
Co jeszcze… W dniu wyjazdu [niedziela] wylądowałem w jakiejś toskańskiej wiosce bez śniadania. Szukałem sklepu i spotkałem pewną starszą kobietę. Zaczęła coś mówić po włosku. Ja do niej: Non Parlo Italiano. Ona do mnie: Mandziare ? Ja do niej: Si, si. Pokazała mi kierunek. Zachodzę tam – jakiś bar, w środku tylko trzej starsi panowie grają w karty, w tv leci piłka nożna. Wychodzi szef, Masywny w białym fartuchu. Mówi do mnie: Panini? Ja: Si. On: Prosiutto ? Ja: Si si. Dostałem pyszną wielką bułkę z serem i szynką oraz wyśmienite Cappuccino. Wszystko kosztowało jakieś 4 euro.
W powrotnej drodze zajechałem jeszcze do Padwy. Ostatni nocleg na trasie zrobiliśmy u znajomego w Klagenfurcie, po czym za jednym strzałem wróciliłem do Krakowa.